Płatne studia są zresztą płatne w Polsce od zawsze, tylko składamy się na nie solidarnie jako wszyscy podatnicy. Korzyści z intelektu i pracy absolwentów jednak nie czerpiemy już wszyscy, a niekiedy czerpią je od razu inne państwa, co jest z punktu widzenia polskiego płatnika głupie i nielogiczne. To wymaga pilnej naprawy, mimo jazgotu po słowach Mentzena.
Pytałem o tę kwestię już kilka lat temu ministra Jarosława Gowina. Wprawdzie widział problem, przekonywał. że trwają prace, ale w efekcie nic nie zmienił. To politycznie niepopularny, wręcz samobójczy ruch, jeśli się go dobrze nie przedstawi. Tak więc trwamy w szkodliwej fikcji.
Model szwedzki – zdrowy rozsądek z udziałem państwa
Wystarczy zobaczyć jak to funkcjonuje od co najmniej 30 lat w Szwecji. Jak tłumaczył mi stypendialny przyjaciel Jon, studia finansowane są przez państwo w formie kredytu. Z kredytu student może finansować oprócz czesnego także swoje studenckie życie i zajęcia dodatkowe. Jon, z tego co jemu zostało, finansował różne rzeczy, w tym skromne europejskie podróże w wolnym czasie, które jak twierdził, rozwijają go. Finansował też wynajęcie stancji, najlepsze anglojęzyczne podręczniki, a mówił po angielsku perfekcyjnie.
Większość kredytu studenckiego umarzana jest po ukończeniu studiów i 5 latach pracy w Szwecji i systematycznej spłaty jego części. Jeśli nie chcesz pracować, albo chcesz emigrować szybciej – spłacaj całość. Zdarzają się młodzi, którzy z uwagi na wysokie podatki w tym kraju wolą jednak emigrować (często tylko zawodowo) i spłacać kredyt, niż pracować w Szwecji. Jon sam stał przed takim wyborem, bo miał już na trzecim roku propozycje pracy w Niemczech i sam musiał dokonać chłodnej kalkulacji tego, co jemu się bardziej opłaca. Od początku jednak z jego studiami połączony był koszt finansowy jaki musiał ponieść i pewne zobowiązanie, z którego wiedział, że będzie musiał się wywiązać. Co ważne – zobowiązanie to było policzalne. Ostatecznie, Jon pozostał wówczas w Szwecji.
O tym kto i co studiuje – pomijając uczelnie prywatne – decydować powinny wyniki, predyspozycje, nie zasobność portfela rodziców. Ani też nie obrotność studenta, który będzie dwie godziny na uczelni, a potem sześć godzin w pracy, bo to nie jest studiowanie. Młody człowiek, widząc że studia to zaciągnięcie zobowiązania, myśli też od początku o swojej przyszłej drodze praktycznie – „jak skończę ten kierunek, to co dalej?”. „Gdzie się odnajdę, ile zarobię?”. W Polsce już zresztą też tak jest – ludzie kalkulują! – bo niby skąd tyłu chętnych na medycynę i prawo? Chyba nie tylko z powodu chęci „pomocy bliźniemu” i „czynienia sprawiedliwości na świecie”… Na lekarzach i mecenasach jednak świat się nie kończy. Trzeba nam też piekarzy, a i czasem na jakiejś pięknej rzeźbie człowiek oko by zawiesił.
Póki co wolimy jednak utrzymywanie w Polsce fikcji bezpłatności studiów, nierzadko też fikcję wykształcenia i korzyści dla ogółu
Fikcja bezpłatnych studiów
Póki co wolimy jednak utrzymywanie w Polsce fikcji bezpłatności studiów, nierzadko też fikcję wykształcenia i korzyści płynących z niego dla ogółu. A przecież państwo i społeczeństwo musi także mieć jakąś wizję korzyści – nawet jeśli bardzo długoterminowych – z inwestowania w kształcenie na wyższych uczelniach i w naukę.
Dlaczego piszę o fikcji wykształcenia? Z obserwacji. Znam prywatnie i zawodowo bardzo wielu pracowników polskich wyższych uczelni. To co daje się od dawna zaobserwować, to presja władz uczelni na liczbę studiujących, co nie dziwi, bo każda uczelnia chce mieć bardziej dziesiątki tysięcy studiujących niż tysiące czy setki, zwłaszcza wobec zapaści demograficznej. Jest jednak jeszcze jeden element: eksponowanie tzw. praw studenta, co w skrócie sprowadza się do zasady: „przychylimy ci nieba, tylko studiuj u nas”. W efekcie, student już na starcie jest przekonany, że ma więcej praw niż obowiązków. Studenci na przykład nagminnie ubiegają się o tzw. indywidualny tok studiów, co w moich czasach (dawno temu) było ewenementem zastrzeżonym dla osób z niepełnosprawnościami, będących w szczególnej sytuacji życiowej, albo tych studiujących jednocześnie na dwóch fakultetach. Dziś taką „szczególną sytuacją” dla studenta dziennego najczęściej jest… praca zawodowa. Czy można pogodzić etatową pracę lub rozwijanie własnego biznesu z rzetelnym zdobywaniem wiedzy i doskonaleniem się na studiach dziennych? Moim zdaniem na większości kierunków nie można.
Inny przykład, ale jakże wymowny. Jak już ustaliliśmy, studenci są przekonani, że mają dużo więcej praw aniżeli obowiązków. Jednego ze swoich najważniejszych praw jednak nie egzekwują wcale zbyt natarczywie – prawa do wiedzy. Bardzo chętnie oprotestują wynik każdego swojego niezaliczenia kolokwium czy egzaminu – oprotestują tym samym swoje nieprzygotowanie i brak wiedzy – ale czy słyszał ktoś kiedyś o piśmie, w którym wyraziliby protest przeciw… zbyt ubogo wyposażonej uczelnianej bibliotece, pełnej woluminów z lat 70-tych XX wieku, ale pozbawionej najnowszych publikacji w danej dziedzinie? Jeśli takie protesty gdziekolwiek były, proszę dać znać. Chętnie połknę swój język. Ja takich nie odnotowałem.
Studentom często nie przeszkadzają też nieodbywające się, choć zaplanowane zajęcia. Rzadko też przeszkadza im niska jakość merytoryczna prowadzonych zajęć. Choć nie jest to oczywiście regułą, zdarzają się prowadzący, którzy przekazywanie wiedzy traktują w sposób bardzo lekceważący. Dlaczego tak podchodzą? Gdyż mogą. Skoro studia są „za darmo”, to przecież im mniej pracy i wysiłku muszą w nie włożyć studenci, tym lepiej. Dyplom w końcu będzie ten sam. W przypadku niektórych dydaktyków, czy naukowcodydaktyków to wręcz reguła, że zajęcia częściej się nie odbywają niż odbywają. I tu anegdota. Początek semestru, doktor z kilkunastoletnim stażem ma już tygodniowy plan zajęć. To jednak nie przeszkadza sympatycznej i kontaktowej pani na udanie się w podróż do ciepłego kraju. W lutym w końcu taniej pojechać niż w sierpniu, a i klimat znośniejszy. Jak by tego było mało, sympatyczna „naukowczyni” chwali się wrażeniami ze swojego wyjazdu na bieżąco w swoich mediach społecznościowych. Pokazuje też studentom, jak trzeba żyć. A studenci – no cóż, cieszą się z wolnych godzin, wiedzą, że będą musieli materiał przyswoić sami i nie protestują, że ktoś im ogranicza ich prawo do wiedzy.
Studenci zaoczni podchodzą do tego z reguły dużo bardziej zasadniczo, gdyż za swoje studia płacą. I z reguły wiedzą po co płacą i co im, a tym samym nam jako społeczeństwu, to ma dać.
Drenaż młodych z Lubuskiego
Nie wiem czy wiecie, ale sprawa nie dotyczy tylko wyższych uczelni. W innym aspekcie dotyczy także szkół średnich. Np. w lubuskich szkołach branżowych bardzo aktywnie od lat działają niemieccy pracodawcy. Pomagają im w tym nawet liczne samorządy, chlubiąc się tzw. współpracą zagraniczną. Niemieccy przedsiębiorcy całkiem otwarcie promują wśród nastolatków pracę u siebie. Kiedyś ośmieliłem się to w jednej z audycji otwarcie zakwestionować sensowność tego z polskiej perspektywy i wiecie co się stało? Poza tym, że zostałem okrzyknięty germanofobem i przeciwnikiem „europejskiej wspólnoty”, to nic. Polska nadal bezceremonialnie finansuje budowanie kadr dla gospodarek państw trzecich, a to, że jest to postawienie sprawy na głowie, nikogo zdaje się nie ruszać.
Zatem – płatne studia tak. Już zresztą są. Do tego mądry model finansowania. Szkodliwy mit bezpłatności do kosza.